
Elohomora!
Właśnie wczoraj wróciłem do domu z Holandii, gdzie byłem na bardzo ciężkich zawodach... Na nieszczęście byłem jedynym reprezentantem kiteteam’u co wynikło po części z tego, że listę uprzywilejowanych zawodników (którzy mają prawo do startu w kolejnym event’cie dzięki dobrej woli jaśnie organizatorów) dostaliśmy na dosłownie kilka dni przed zawodami. Na pierwszej takiej liście (przesłanej do nas w niedziele) znalazł się z nie wiadomo jakich powodów mój tata... Dobra, nieważne. W drogę wyruszyłem razem z Victorem, Księciem i Tomkiem Janiakiem, który zorganizował nam dojazd jako posiadacz całkiem fajnego busika. Podróż do Noordwijk, gdzie rozgrywały się zawody, minęła nam przyjemnie, mimo totalnie załadowanego samochodu. Mieliśmy taki nadmiar sprzętu, że poruszaliśmy się w środku jak astronauci z NASA. Po kilkunastogodzinnej jeździe dotarliśmy na miejsce. Właściwie przez całą Holandie przejechaliśmy w pełnym słońcu i temperaturze około 20 stopni. Natomiast wjeżdżając do osławionego Noordwijk zagłębiliśmy się w gęstą mgłę. Zrobiło się momentalnie zimno. Przejeżdżając przez centrum zobaczyliśmy tylko jeden plakat, na którym małymi literami było napisane dokładne miejsce imprezy. Po odnalezieniu drogi zostawiliśmy auto na parkingu i wyszliśmy na spot. Spotkaliśmy tam już paru zawodników, więc z ulgą zeszliśmy na dół, na plażę. Na zapisach spotkaliśmy resztę polskiej reprezentacji- Błażeja i Japę oraz Wojtka z tatą. Pokręciliśmy się tam jeszcze trochę i pojechaliśmy razem na jedzenie w noname fastfoodzie, a potem do naszych kwater. Mieszkaliśmy, dzięki tacie, wszyscy razem w fajnym dwu-piętrowym domku.
Następnego dnia po skipersie o 9.00 napompowaliśmy największe latawce z nadzieją na wiatr. Zaczęło się jak zawsze niewinnie od rejsów, ponieważ wiatr nie przekraczał 12 węzłów. I tu mała niespodzianka, bo Księciu nagle schodzi z wody z rozwaloną ręką sikając na około hektolitrami krwi. Po bardzo niesprawnej akcji ratunkowej i wypełnieniu paru niezbędnych formularzy Łukasz „dostał to na co zasłużył”, czyli 3 szwy w okolicy nadgarstka. Okazało się, że rozchlastał się finem. Na szczęście ostry jak brzytwa statecznik ominął jego tętnice, a więc i ominęła go śmierć pierwszego kajtowego męczennika (mam nadzieję, że nie czytacie tych zdań na serio...). Wykluczyło go to definitywnie z rywalizacji, co zasmuciło nas mocno, bo Księciu miał obiecujące rozstawienie we freestylu, a w race też by pewnie pokazał klasę.
Graniczne warunki pozwoliły na rozegranie połowy drabinki we freestylu. Ja odpadłem z jakimś van Eschem i tylko Victorowi udało się dostać do pierwszej ósemki. I jeśli chodzi o wiatr to wystarczył na rozegranie ostatniego heatu drugiej rundy, a potem to tak na serio już nic nie wiało, więc nie chce mi się pisać o tym jak próbowano puszczać rejsy albo o specjalnym skipersie o 5 rano. Mogę natomiast napisać jak wyglądały atrakcje dla zawodników. Było kilka namiotów wypełnionych najnowszym sprzętem, parę budek z jedzeniem (które zaraz z przyjemnością zbluzgam), a na środku batut z podwieszonym barem, na który trudno się było dopchać. Podsumowując- mega nudy. Za to jedzenie dostarczało nam wiele emocji. To co było dla nas przygotowane to był jakiś żart! Do wyboru: ohydny hamburger, pudełko ze sztuczną sałatką owocową, kawałek kurczaka. Mieliśmy prawo do dwóch takich ”posiłków” dziennie. Do picia tylko woda, chyba, że rano podpieprzyliśmy coś sami z lodówek. Po całym weekendzie jedzenia takiego taniego dziadostwa (azaliż wieczerzaliśmy w McDonaldzie) rzygać mi się już chciało. KBO (Kiteboard Open- lokalny organizator) poległ jeśli chodzi o organizacje. O wszystkich tych wpadkach możecie pewnie już teraz poczytać sobie na kiteforum. Ja dodam od siebie, że organizatorzy z IKA też się nie popisali. Obejdę się bez popularnego przynudzania o tym, że liczę na następne zawody, że na pewno będą lepsze od poprzednich (tak obiecywali nam ziomale z IKA) bo wiem, że to raczej logiczne skoro następny przystanek KTE jest na Sylcie. Tam sama pula nagród wynosi 40tys. Euro.
„Podsumowując te cztery mozolne dni powiem, że mam już serdecznie dość startowania w zawodach i mijania się z wiatrem.”- napisałbym pewnie coś takiego gdyby nie to, że zaliczyłem parę godzin temu sesyjkę na moim domowym spocie. Bardzo silny wiatr, słońce- wraca mi już motywacja. Dodam jeszcze, że moje kiteloopy są już chyba warte zobaczenia.
Do zobaczenia w Rewie!
Marek (SU-2, Flexifoil)
Fotki z imprezy znajdziecie na www.kitesurftour.eu/galery/




Dodaj komentarz